Jesteś tutaj
Home > Sport i Turystyka > SIŁA JEST KOBIETĄ. SENSEI SAJDUTKA

SIŁA JEST KOBIETĄ. SENSEI SAJDUTKA

Agnieszka Sajdutka portal Południowa Polska Magdalena Małaczyńska

Agnieszka Sajdutka, Mistrzyni Świata, Europy, członkini kadry narodowej, która w swojej karierze zdobyła już ponad 20 medali na arenie polskiej. Dotychczas startowała dwukrotnie na Mistrzostwach Europy, gdzie zdobyła łącznie 8 medali, oraz dwukrotnie na Mistrzostwach Świata, tam wywalczyła w sumie 7 medali. Od kilku lat jest instruktorem w Akademii Karate Tradycyjnego w Rzeszowie, gdzie jako trener świętuje kolejne sukcesy wraz ze swoimi młodymi podopiecznymi. Nas urzekła skromnością oraz wewnętrzną siłą, które opakowane są w ciało drobnej, niezwykle uśmiechniętej i szczerej młodej kobiety. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych.

Masz teraz 23 lata i jesteś Mistrzynią Świata, ale cofnijmy się 17 lat wstecz – zaczęłaś trenować…

Chciałam chodzić na judo, w ślad za moim starszym kuzynem, ale trener powiedział, że jestem jeszcze za mała. Miałam dopiero 6 lat, ale bardzo chciałam trenować, dlatego tata zapisał mnie na karate – i tak już zostało.

Gdzie odbywały się Twoje pierwsze treningi?

Tu w Akademii Karate. Trenuję 17 lat w jednym klubie i mam nadzieję, że to się nie zmieni. Z grupy z którą zaczynałam – było nas ok. 20 osób – zostałam tylko ja.

Z czego to wynika?

Myślę, że z charakteru i determinacji. Trzeba mieć cel i dążyć do niego. Zdobycie czarnego pasa jest najważniejsze nawet dla dzieciaków. Nikt nie trenuje tylko po to, żeby się poruszać – choć to też jest ważne, ale po to żeby zdobywać kolejne stopnie, kolejne pasy. Zaczynasz wygrywać i to jest chyba największą motywacją. Bardzo ważne jest też wsparcie.

W Twoim przypadku od kogo to wsparcie płynęło? Od rodziców?

Mama myślała, że po 3 miesiącach nie wytrzymam i się wypiszę. Byliśmy małymi dziećmi, a stawiano nam bardzo duże wymagania. Jednak rodzice zawsze mnie wspierali, tata jeździł ze mną na zawody, mama jak mi coś nie wyszło starała się tłumaczyć, że trzeba tysiąc razy przegrać, żeby raz wygrać. Kiedyś kazałam mamie nawet uczyć się ze mną różnych technik walki, do tej pory umie liczyć w języku japońskim do dziesięciu. Teraz, gdy całymi dniami nie ma mnie w domu, niekiedy nie mamy okazji nawet porozmawiać, ale mama zawsze, gdy widzi że coś jest nie tak pyta o trening, czy wszystko w porządku, czy coś poszło nie tak. Rodzice są ze mną czy wygrywam czy przegrywam, mam od nich wielkie wsparcie.

A porażki? Motywują Cię czy raczej demotywują?

Ani nie motywują, ani nie demotywują. Na tym etapie, na którym jestem raczej sprowadzają mnie na ziemię, pokazują co było źle, co muszę poprawić, by nie przegrywać.

Masz czas na przyjemności?

Teraz niestety mało, zwłaszcza że studiuję wychowanie fizyczne na pierwszym roku studiów magisterskich i prowadzę zajęcia z dziećmi, ale chociaż raz na miesiąc muszę iść do kina.

Jakie grupy prowadzisz?

Głównie małe dzieci w wieku od czterech do sześciu lat, łącznie 5 grup treningowych, prawie sto osób. Chciałabym być dla kogoś z nich motywacją, inspiracją.

Czy wśród swoich podopiecznych widzisz już jakieś „perełki”?

Mamy w Akademii grupę ok, 15 dzieci bardzo mocno zaangażowanych w treningi, które przyjeżdżają nawet w sobotę. Dwójka jest już utytułowana – 7 letnia dziewczynka, która zdobyła brąz na mistrzostwach i 8 letni chłopiec, który był czwarty. W ubiegłym roku z wszystkich zawodów przywieźliśmy ponad sto medali. Dużą rolę odgrywają rodzice. Dzieci trzeba przywieźć, odwieźć, zainwestować w nie pieniądze.

A jakie masz plany na przyszłość? Wszystkie są związane z karate?

Całe moje życie jest obecnie podporządkowane karate – trenuję od poniedziałku do soboty. W przyszłości chciałabym uczyć w szkole, aby pokazać dzieciom na lekcjach wychowania fizycznego, że można robić coś więcej niż tylko rzucić piłkę i powiedzieć „grajcie”.

Nie boisz się, że ktoś zapyta po co robić coś więcej?

Może tak być, ale w życiu mam takie szczęście, że zawsze trafiam na fajnych ludzi, którzy ze mną współpracują i mam nadzieję, że i w tym przypadku też by tak było.

Wiążesz swoją przyszłość z Rzeszowem?

Na pewno. Jestem rodowitą rzeszowianką i z tym miastem jestem bardzo zżyta, bardzo się utożsamiam, także poprzez napisy na bluzach czy koszulkach. Rzeszów jest dla mnie istotny, bo dużo tu dostałam – jestem stypendystką w jednym i drugim urzędzie, uniwersytet też mi pomaga. Patrząc na to co się dzieje w innych klubach w innych miastach to cieszę się z tego, że jestem tu gdzie jestem.

Kto jest Twoją inspiracją?

W tym momencie mam tak poukładane życie, że wiem co jest dla mnie najważniejsze, sama się motywuję i nie potrzebuję motywacji z zewnątrz. W gimnazjum inspirowała mnie zawodniczka MMA Gina Carano, a teraz osobą, która mnie mentalnie naprowadza jest także zawodnik MMA Conor McGregor. Długo moją inspiracją i autorytetem była moja trenerka Marta. Jak ja zaczynałam trenować, ona już wygrywała. Nie chcę być jej następczynią, chcę być sobą – Agnieszką. Chciałabym, żeby ktoś kiedyś powiedział, że chce dążyć do tego co ja zbudowałam – to moje małe marzenie.

Kiedy zauważyłaś u siebie świadomego, dojrzałego sportowca wierzącego w siebie i swoje możliwości?

Całkiem niedawno, a właściwie po niepowodzeniu w mistrzostwach Polski w 2015 roku. Walczyłam w czterech kategoriach, a wróciłam bez niczego. Wylałam wtedy morze łez, bo rok wcześniej w innej kategorii wiekowej zostałam Mistrzynią Świata. Wtedy powiedziałam sobie, że już nigdy więcej, że nie po to tak ciężko pracowałam, żeby przegrać. Na następnych Mistrzostwach Polski nad morzem, skąd przywiozłam trzy medale, a wszystkie walki wygrywałam przed czasem, powiedziałam sobie że następny rok będzie jeszcze lepszy, że będę jeszcze ciężej pracować na macie i poza nią. I chyba po tych wszystkich wydarzeniach dojrzałam jako sportowiec. Uświadomiłam sobie, że nie robię właściwie nic innego poza studiowaniem i trenowaniem.

Która zawodniczka jest Twoją największą konkurentką?

Według mnie, największym naszym przeciwnikiem jesteśmy my sami. Sami się blokujemy mówiąc, że nam nie wyjdzie czy nie damy rady. W sportach walki wystarczy jeden błędny ruch i możemy przegrać, dlatego każdy przeciwnik jest tak samo groźny i trzeba go szanować. Czasami ci mniej doświadczeni mają większe serce do walki niż mistrzowie świata.

Czy karate jest docenianym sportem? Na równi traktowanym z innymi w przypadku osiągnięcia sukcesu?

Niestety nie. Nasza kadra narodowa licząca około stu zawodników dostaje dofinansowanie w takiej samej wysokości jak kadra paraolimpijskich kolarzy ręcznych, która liczy 6 osób. Oczywiście oni są olimpijczykami, my nie, ale nie zmienia to faktu, że wszyscy musimy tak samo ciężko pracować, trzymać dietę, przestrzegać reżimu treningowego. Jedne dyscypliny są bardziej medialne inne mniej i tu według mnie to kluby i trenerzy korzystając ze swojego doświadczenia i posiadanych znajomości powinni próbować walczyć o promocję karate np. w mediach.

Jeśli nie karate to jaki inny sport mogłabyś trenować?

Triatlon, bo ukończyłam go już trzy razy albo MMA. Tych dwóch dyscyplin nie da się niestety połączyć.

MMA jest dla mnie zrozumiałe, bo wspomniałaś już o inspiracji zawodnikami tej dyscypliny. A triatlon? Tak całkowicie różny od sztuk walki..

Sama nie wiem, co mnie zainspirowało, zawsze chciałam go trenować, poza tym dawna znajoma mnie namówiła. Teraz też mam koleżankę, która tą dyscyplinę trenuje i nawzajem się motywujemy. Triatlon to takie moje małe marzenie mimo, że trenuję tylko krótkie dystanse, bo na więcej nie mam czasu. Zawsze sobie powtarzam, że może mi braknąć techniki czy pomysłu na walkę, ale nigdy nie może mi zabraknąć charakteru, serca do walki i kondycji, a triatlon w tym bardzo pomaga.

Miałaś kiedyś taki okres w swoim życiu, że chciałaś zrezygnować z karate?

Dwa razy. Pierwszy raz, gdy byłam jeszcze 10-letnim dzieckiem i nie zdałam egzaminu na pas ani poprawki. Jednak mama zmotywowała mnie, abym jeszcze raz spróbowała, a jak już go zdobędę to wtedy zdecydowała czy chcę dalej trenować czy nie. Drugi raz miał miejsce w gimnazjum. Karate na chwilę zeszło na drugi plan. Miałam już wtedy brązowy pas, a do czarnego brakowało mi niewiele. I wtedy też mama namówiła mnie, abym jeszcze powalczyła, a jeśli zdobędę czarny pas i będę chciała zrezygnować to nie będzie mnie już namawiać. Gdyby nie mama, nie byłabym dzisiaj tu gdzie jestem.

Co jest najważniejsze w karate?

Myślę, że samodyscyplina. Bardzo często rodzice zapisują dzieci na zajęcia sztuk walki. Jest trener, którego trzeba go słuchać, nie ma dyskusji, trzeba robić, co każe. Karate bardzo kształtuje charakter. Trzeba przyjść dwa razy w tygodniu na trening, nie wolno się spóźnić, trzeba dać z siebie sto procent. Karate to dyscyplina, której uczy się na zajęciach, ale też bardzo pomaga w życiu, potrafi wyciągnąć z różnych trudnych sytuacji, tak jak w moim przypadku.

Podasz jakiś przykład?

Nigdy nie miałam problemów z nauką, nawet jak się czegoś nie nauczyłam, to zawsze sobie jakoś poradziłam. Teraz na studiach też tak z resztą jest. Gorzej z zachowaniem. Zawsze miałam swoje zdanie – wyniosłam to z domu. Mama jednak zawsze powtarzała mi, że mogę je wyrażać, ale tak aby nikogo nie obrazić, a o to już było trudniej. Stąd też moje róże przeboje w gimnazjum, z których mama do tej pory nie jest zadowolona. Myślę, że nikt wtedy nie pomyślałby nawet, że kiedyś mogłabym być wzorem do naśladowania dla innych.

Mistrzem się rodzi czy mistrzem się zostaje? Jak uważasz?

Patrząc ze swojej perspektywy myślę, że mistrzem się zostaje. Ciężka praca, determinacja i upór to podstawa. Można mieć do czegoś predyspozycje – mniejsze lub większe, ale mając charakter każdy może zostać mistrzem.

Imię i nazwisko: Agnieszka Sajdutka

urodziłam się: 26.03.1994

trenuję od: 2000

pierwszy trener: Ewa Kusak

Najbardziej nie lubię: gdy mi coś nie wychodzi

Najbardziej lubię: wygrywać 🙂

najbardziej boję się: utraty ważnych dla mnie osób

marzę o: byciu szczęśliwą – aby wszystko szło po mojej myśli, a jak pojawią się jakieś

przeciwności losu, żebym potrafiła sobie z nimi poradzić i żebym zawsze trafiała na dobrych ludzi na swojej drodze.

Za 10 lat:

Będę miała największą akademię karate w Rzeszowie, będę szczęśliwą mamą i będę najlepsza 🙂

 

Rozmawiała: Sylwia Wojtowicz-Sander

Foto: Magdalena Małaczyńska

 

Reklama



Reklama



Sylwia Wojtowicz-Sander
Spontaniczna. Urodzona optymistka. Nie lubi utartych schematów i ustalonych reguł. Ceni wolność i indywidualność. Bardziej od wygodnej kanapy woli aktywny wypoczynek, najlepiej zimową porą w górskiej scenerii. Nawet w natłoku obowiązków znajdzie czas na małe espresso z przyjaciółką.
http://www.poludniowapolska.pl

Podobne artykuły

Top
%d bloggers like this: