Jesteś tutaj
Home > Sport i Turystyka > „KAWA W PODRÓŻY” „KAWA W INDIACH” – RAJSKIE GOA

„KAWA W PODRÓŻY” „KAWA W INDIACH” – RAJSKIE GOA

Kawa w podróży Paulina Kawa portal Południowa Polska

Dzisiaj skończyłam pierwszy etap podróży po północnych Indiach i popołudniu wsiadam do samolotu, który leci na Goa. Brzmi egzotycznie i nie mogę się doczekać, by zobaczyć, jak wygląda tam życie.

Podróż z New Delhi na Goa samolotem trwa ok. dwóch i pół godziny. Porównując to do europejskich lotów, to tyle samo trwa przelot z Warszawy do Paryża. To pokazuje, że Indie to ogromny kraj. Wylądowaliśmy późnym wieczorem. Wychodząc z lotniska uderzyło mnie ciepłe powietrze. Na parkingu powinna czekać już na nas wcześniej zamówiona taksówka, ale to są Indie i dla niektórych czas płynie wolniej – również dla taksówkarzy. Samochód podjechał po 30 minutach. Bagaże zapakowaliśmy na dach. Usiadłam na końcu i dzięki temu mogłam podziwiać drogę. Do pokonania mamy około 60 kilometrów, więc dopiero po półtorej godziny dotarliśmy do miasta, w którym spędzimy najbliższych kilka dni.

Mimo lekkiego zmęczenia po podróży moje zniecierpliwienie jest tak duże, że spokojnie znajduję energię, by pójść jeszcze na spacer po okolicy. Kilka kroków od domków, w których się zatrzymaliśmy była plaża i koniecznie potrzebowaliśmy ją zobaczyć jeszcze dzisiejszej nocy. Okazało się jednak, że Goa nie jest najlepiej oświetlone, jak powszechnie znane nadbrzeżne turystyczne miasteczka i było tak ciemno, że mogliśmy tylko podziwiać blask księżyca. Zjedliśmy więc lekką kolację i wróciliśmy na miejsce noclegowe, by naładować baterie.

Rano postanowiliśmy, że się przeprowadzamy do „bambusowych” domków bliżej plaży. Dzięki temu do nadmorskich restauracji i samej plaży mieliśmy zaledwie kilka metrów. Nasz domek był dosyć przewiewny z lekką konstrukcją. W środku duże łóżko z ogromną moskitierą. Z tyłu pleciona ścianka, która osłaniała prysznic i toaletę. Ta sama plecionka przykrywała też nasz dach. Było całkiem przytulnie. Na Goa najlepiej pojechać w porze suchej, czyli od października do kwietnia. Wtedy jest pięknie, gorąco i imprezowo. W miesiącach od czerwca do sierpnia jest pora monsunowa i wtedy na Goa turystyka zamiera. Wiele miejsc jest pozamykanych, a część chatek i restauracji na plaży jest zdemontowanych, by we wrześniu na nowo je wybudować.

Po przeprowadzce czas na śniadanie i leniwy spacer po okolicy. Wychodząc z naszej chatki wychodzimy boso od razu na złocisty, gorący piasek. Idąc plażą natknęłam się na pierwszą krowę, która delektowała się ciepłem słonecznym. Kawałek dalej zwierząt było jeszcze więcej. A podczas naszego całego pobytu częstym widokiem były również byki, świnki i dużo psów.

Skręcając w stronę miasta pojawiły się wąskie uliczki ze straganami, na których można było kupić prawie wszystko. Ceny zawrotnie niskie, jednak trzeba było uważać, bo czasami sprzedawcy widząc turystę podnosili czterokrotnie cenę.
Idąc od sklepu do sklepu trafiliśmy na malowanie henną. Do dziś praktykowane jest to w wielu krajach, lecz wzory są różne. Te hinduskie są malowane głównie w oparciu o motywy roślinne. Sztuka henny najbardziej kojarzona jest w kobietami, które w ten sposób dekorują swoje ciało – przede wszystkim ręce i stopy. Hinduski tak zdobią swoje ciało przy ważnych okazjach np. do ślubu. Ma im to przynieść szczęście i radość. W obecnych czasach stało się to modne i na ulicach można spotkać kobiety, które wykonują takie tatuaże henną. Zdecydowałam się na tego typu zdobienie na stopie. Młoda dziewczynka, która jeszcze w szkolnym mundurku przyszła po szkole do sklepu rodziców, „wyczarowała” mi bardzo sprawnie taki cudowny tatuaż. Po spacerze zgłodniałe kupiłyśmy kokosy i kilka owoców, usiadłyśmy na plaży i delektowałyśmy się pięknym widokiem. Coś wspaniałego! Pełen relaks.

Gdy zbliżał się wieczór zauważyłam, że spora grupa ludzi zaczęła rozstawiać stragany zaraz przy linii brzegowej morza. Lokalni artyści sprzedawali ręcznie robione rzeczy. Była biżuteria, ubrania, narzędzia i wiele innych rzeczy, które człowiek może zrobić własnymi rękami.

Południowe Goa jest tropikalne, relaksujące i beztroskie. To ponad 100 kilometrów linii brzegowej, malownicze plaże, ciepłe morze oraz niskie ceny. Miasto, w którym się zatrzymaliśmy nazywa się Arambol. Jest tu dużo straganów, sklepów, bambusowych domków przy brzegu i różnych propozycji warsztatowych. Każdego dnia można robić coś innego.
Goa to całkowicie inne Indie. Ludzie mają tutaj własny styl życia, odmienne problemy i tempo życia. Mieszańcy nie pędzą tak, jak w stolicy i nie widać już aż tak drastycznych kontrastów – brudu, hałasu i krzyków. Czas tutaj płynie wolniej.

Paulina Kawa-Zięba

Trenerka jogi śmiechu i zdrowia. Inspiratorka.
Kocha podróże, naturalne słodycze i taniec.
Pasjonatka aktywnego i świadomego stylu życia w zgodzie z naturą.
Autorka bloga www.liferoots.pl

 

Reklama



Paulina Kawa

Trenerka jogi śmiechu i zdrowia. Inspiratorka.
Kocha podróże, naturalne słodycze i taniec.
Pasjonatka aktywnego i świadomego stylu życia w zgodzie z naturą.
Autorka bloga www.liferoots.pl

http://www.poludniowapolska.pl

Podobne artykuły

Top
%d bloggers like this: