Jesteś tutaj
Home > Sport i Turystyka > DO ŚWIATA ULTRA PRZEZ DZIKI SZLAK ŁEMKÓW

DO ŚWIATA ULTRA PRZEZ DZIKI SZLAK ŁEMKÓW

Łemkowyna Ultra-Trail portal Południowa Polska Ulramaraton

Nie wiedząc, po co i dokąd zmierzasz słuchaj swego serca… bo są głosy, które chcą być słyszalne, lecz nie znajdujesz słów by je powiedzieć głośno.

Dziś o bieganiu opowiem Wam znacznie więcej. Zapraszam w podróż w głąb tajemniczego świata ultra. Być może poczujecie woń magii oraz piękna, które towarzyszą, kiedy pasja staje się dziksza od wiatru. Opowiem, o tym co dzieje się w sercu, gdy poczucie przynależności do własnych marzeń sprawia, że stają się one rzeczywistością oraz o tym, kiedy kawałeczek nieba znika w ciemności, a Ty rozmyślasz, czy ta potyczka się opłaca. Będzie to historia pisana przez pryzmat emocji oraz więzi, rodzących się, gdy radość przeplata się chwilami zwątpienia, a motywacja musi ustąpić miejsca pokorze, tak po prostu.


Łemkowyna Ultra Trail to zawody, których w kręgach biegaczy nie trzeba „przedstawiać”. Słysząc ŁUT wiesz, że sam sobie rzucasz wyzwanie, które pokonywać będziesz nieokiełznanym szlakiem Beskidu Niskiego. W błocie po kolona, zmierzysz się własnymi słabościami, a jedyną nagrodą za wytrwałość będzie malownicza sceneria i ewentualnie ciepłe muśniecie słońca. Mimo to listy na Łemkowyne są praktycznie w całości zapełnione i nie ma znaczenia, czy jest to dystans 30 km czy magiczne 150 km. Bo by podążyć Śladem Łemków, od Krynicy do Bieszczad zawsze jest „las chętnych nóg”, a wśród nich w tegorocznej edycji, na trasach 48 km oraz 150 km my… drużyna – pozornie osobno, a jednak razem.

Mam takie wrażenie, że echo Twego uśmiechu coś w sobie kryje…

Jest piątek. Wyruszamy do Krosna po pakiety. Regulamin biegu jest dość rygorystyczny – musimy zrobić to osobiście. Nadrobimy przez to trochę drogi, ale skoro będziemy we dwie, to doskonale spożytkujemy ten czas. Poza tym, dzień jest wyjątkowo pogodny, a kolorowe liście na drzewach zapowiadają, że w Bieszczadach czeka na nas polska złota jesień w górskim wydaniu. Druga część drużyny jest już w Krynicy, tam odbiorą pakiety i stamtąd o północy wyruszą w swoją Łemko podróż. Spotkamy się dopiero w Komańczy. Planowo w niedziele. W naszym biurze zawodów uwijamy się dość sprawnie, choć nie ma taryfy ulgowej – organizatorzy przed wydaniem numeru startowego sprawdzają każdemu całe obowiązkowe wyposażenie. W Krynicy jest podobnie, choć tam trzeba chwilę postać w kolejce. Z Krosna jedziemy już tylko do naszej bazy wypadowej w Smolniku. Agroturystyka Zadnie Łuki. Celowo wspominam nazwę, bo miejsce do którego trafiamy jest naprawdę niezwykłe. W drewnianym, przytulnym, bliźniaczym domu, położonym z dala od zgiełku miasta, mamy spędzić cały weekend. Wymieniamy się spojrzeniami i bez zbędnych słów obydwie wiemy, że lepiej nie mogłyśmy trafić. Pstryk, pstryk i wysyłamy do Krynicy pozdrowienia z naszego bajecznego pokoiku, a co, niech nam pozazdroszczą – sami koczują w hali lodowej, na materacach. Czas na kolację, pakujemy w siebie węgle w postaci pierogów oraz naleśników i z kubkiem herbatki wskakujemy się do łóżek. Ostatnie spojrzenie na mapę trasy i o 23.30 gasimy lampki. Przed nami 7 godzin snu, a przed drugą częścią drużyny pierwsze godziny walki na 150 km. Nasze łóżko jest idealnie wygodne, ale mimo to mój sen jest dość płytki. Po pierwsze jutro przede mną ważne zadanie. Muszę być silniejsza i mądrzejsza, niż zwykle. Łemko maraton 48 km będziemy pokonywać we dwie. Dla mnie będzie to próba w nieznanym dotąd terenie, dla niej debiut w świecie ultra. Patrząc na nią, na jej nastawienie, znając jej możliwości boję się tylko, aby emocje jej nie poniosły, bo jak to mawia mój ultra autorytet „kto szybko zaczyna, ten szybko kończy”. A propos niego, to druga kwestia, która spędza mi sen z powiek. My tu pod ciepłą kołderką, a chłopaki… no właśnie, ciekawe gdzie? O godz. 6:15 jesteśmy na nogach. Wszystko mamy przygotowane, więc sprawnie schodzi nam „strojenie się” na bieg. Jeszcze tylko śniadanie, miała być standardowo bułka z dżemem, ale gdy schodzimy do jadalni czeka na nas przepyszna niespodzianka pod postacią jaglanki z owocami. Pani Mariola to chodzący anioł, wstała specjalnie dla nas wcześniej, żeby przygotować nam to cudo kulinarne. Śniadanie na miarę mistrza. Miski opróżniamy do dna, jeszcze łyk kawy i lecimy do Iwonicza na strat. Wesołym autobusem, pełnym kolorowo ubranych biegaczy udajemy się na miejsce, w którym moja bratnia dusza zrobi pierwszy krok w stronę ultra. Patrząc na nią widzę siebie sprzed kilku miesięcy. Radosną, zmotywowaną, z lekką nutką obawy o to, co tam na nią czeka. Wiem, że jest silną i wytrwałą kobietą, a do tego ambitną, ale delikatnie sugeruję, że będę „przewodniczyć” temu przedsięwzięciu. Mając w pamięci moją lekcję z Legendy Janosika oraz teren i limity czasowe, z jakimi zaraz mamy się zmierzyć proponuję tempo ok. 8km/h, szybkie zbiegi, mocne podejścia i jak najmniej marszu. Ostatnie poprawki, rozgrzewka i jesteśmy gotowe. Do 10:00 jeszcze kilka minut. Dzwoni męski team. W głosie nie słyszę zachwytu, ale myślę, że tak specjalnie się drażni. Standardowo żartujemy z siebie nawzajem, to pewna forma motywacji, ale z pośród tych kilku niby nic nie wnoszących słów dowiadujemy się, że nie biegną razem, bo wzajemne tempo im nie odpowiadało, nieprzespana noc daje się we znaki, a trasa nie rozpieszcza. Znając jednak możliwości tych dwóch egzemplarzy, wiedząc jakie mają doświadczenie, a przede wszystkim mając w pamięci ostatni wspólny bieg – jestem spokojna. Skupiam się w 100% na niej. To moje zadanie na najbliższe 6 godzin. Nasz plan zakładał pokonanie 48 km Łemkowyny w przedziale od 6:00h do 6:30h. Wiedziałam, że jeśli mądrze to rozegramy, to damy radę. Wspólne odliczanie 3.. 2.. 1… teraz tylko pozostaje biec, więc lecimy! Najpierw pod górę, później w dół, chwilę po prostym i znów pod górę. Jest błoto, las i para w nogach. Pierwsze dwie godziny zgodnie z harmonogramem – 8km/h. Do pierwszego punktu kontrolnego w Puławach Górnych dobiegamy kilka minut po 12. Tyle pyszności, a ja oczywiście nie jestem głodna. Po łyku pepsi, czekolada w łapkę i tupiemy dalej. Przed nami jeszcze 34 km podróży i najtrudniejsza przeszkoda. Wdrapujemy się zboczem Kiczery. Teraz spory kawałek w górę, więc kontrolując tempo wydłużamy krok i przechodzimy do marszu. Jest chwila, aby poznać współtowarzyszy, widzę też znajome mi twarze z innych starów. Pojawia się też czołówka z dystansu 30 km oraz grupa z 70 km. Na chwilę się rozdzielamy, bo okazuje się, że mój bukłak jest pusty, a jest okazja na łyk herbatki na „extra” punkcie – oczywiście korzystam. Mogę nie jeść całą trasę, ale kiedy nie mam picia, to czuję się jakby mi brakowało paliwa, to mój słaby punkt. Biegnę za moją debiutantką, jest przede mną, ale cały czas w moim zasięgu wzroku. Nie przyspieszam, bo wiem, że i tak zaraz się zrównamy. Na ok 30 km zauważam, że zaczynają ją łapać skurcze. Wiem, że to przejściowe ale muszę teraz ją pociągnąć, abyśmy nie wypadły z rytmu. Do drugiego punktu odżywczego prowadzi dość stromy zbieg, z którego rozciąga się barwny krajobraz. Złoto- czerwone liście migoczą nam w oczach, nabieramy szybkości, na dole słychać już kibiców, nikogo nie znam, ale czuję się jakby wszyscy byli moimi przyjaciółmi. W powietrzu wirują endorfiny. Jesteśmy na dole. Jemy, pijemy, regulujemy oddech. Moją uwagę przyciąga przeuroczy widok. Przyglądam się z wielkim zachwytem temu, co widzę… dziewczynka podbiega do swojej mamy, która zaraz za nami zbiegła na punkt. Za nią mężczyzna z kilkumiesięcznym maleństwem na rękach. Przytulają się, uśmiechają, są szczęśliwi. Piękna młoda, żona, matka, ultra kobieta! Wsparcie bliskich osób jest najsilniejszą i niczym niezastąpioną motywacją. Mam nadzieje, że kiedyś również zasmakuję takiej chwili, ale to jeszcze przede mną… teraz uciekam dalej, swoją drogą. Do mety 13 km, a w nogach moc. Każdy krok zbliża nas do celu, chwilami zastanawiam się jak idzie drugiej części teamu. Ich dystans pomaga nam napierać, to jakoś tak działa, że jak sobie pomyślisz, ile oni mają już w nogach, to od razu twoim jest lżej. Wybiegamy z lasu… 1350 m do celu. Słyszę w jej głosie nieziemską radość. Tak! Właśnie niemożliwe staje się możliwe. Oczy jej się same śmieją, przyśpieszamy, przyśpieszamy i jeszcze przyśpieszamy. Łapiemy się za ręce. Razem zaczęłyśmy i zrazem przekroczymy tą magiczną granicę. Jestem z niej dumna! To był dla mnie zaszczyt móc wprowadzić ją w ten świat. Teraz wszystko przed nią. Nie mogę się napatrzeć na jej radość. To dziś dla mnie jest największa nagroda.

Pełne energii wracamy do naszego domku z bajki. Odpoczniemy i będziemy jeszcze pewnie całą noc, przy smaku wiśniówki, opowiadać sobie wrażenia. Póki co, chichocząc ze szczęścia leżymy na drewnianej podłodze naszego pokoju i prostujemy nogi. Troskliwa Pani Mariola zagląda do nas pytając, czy nie mamy ochoty czegoś zjeść. Jesteśmy tu raptem drugi dzień, a czujemy się jak w domu. Czas zadzwonić do chłopaków. Jeden nie odbiera, a drugi owszem, tak. Za nim 90 km ale sygnalizuje, że kończy na 100 km. Jest raczej zdecydowany, w jego głosie wyczuwam zadowolenie. Jego granica dotychczas kończyła się na 70 km. Moim zdaniem w ultra chodzi o zmierzenie się z samym sobą, nawet jeśli nie jesteś w 100% przygotowany, tak jakbyś chciał. Pozostajemy w kontakcie, bo jeśli faktycznie się zdecyduje, to mamy odebrać go z trasy. Leżmy dalej na podłodze, dzwoni telefon. Tym razem to druga część męskiego teamu, ta która prowadziła mnie śladami Legendy Janosika, przez pond 24 godziny wspierała, motywowała, ciągnęła do mety. Mężczyzna, który kiedy obierze sobie cel, to nic nie jest wstanie go powstrzymać, więc słysząc z jego ust „nie dam rady” nawet nie myślę, że mówi poważnie, a jednak mówi… . Kończymy rozmowę, muszę pozbierać myśli, zastanawiam się, co się stało. Wiem, że ta decyzja nie jest przypadkowa, że nie jest to osoba, która ot tak się poddaje. On się nie poddaje. Piszę sms „Twoje nogi mogą dużo więcej, niż Twoja głowa, trasa od Kiczery jest naprawdę przyjemna”, jednak mam wątpliwości czy w ogóle odczyta. Zaczynamy się ogarniać, szybki prysznic. Kończę suszyć włosy, kiedy znów dzwoni telefon. „Przyjedź. Będę czekać na przystanku przed Iwoniczem”. Nie myślę, po prostu jedziemy. Wiemy już, że męska część naszego teamu kończy przygodę z ŁUT na 100 km, 50 km przed metą. Chwilowo sama czuję „niemoc”. Trzeba jednak się wziąć w garść, bo drużyna jest po to, aby się wspierać. O godz. 21 odbieramy Legendę Janosika z umówionego miejsca. Wyraz jego twarzy na kilka sekund mnie paraliżuje, wiem ile kosztowała go ta decyzja. Obydwie podbiegamy, gratulujemy i ściskamy naszego pierwszego bohatera. Jego nogi, siła i motywacja przyniosły go do tego miejsca. Już we trójkę podjechaliśmy kawałeczek po drugiego ultrasa, miał lada moment wyłonić się bieszczadzkiej kniei. Chwilę mu zeszło, ale dotarł cały i zdrowy. Witamy go oczywiście wielkimi brawami. Jakby nie patrzeć, to jego pierwsze 100 km. Kiedy już byliśmy w komplecie, poczułam ulgę. Bezradność ustąpiła miejsca poczuciu bezpieczeństwa. Byliśmy razem – drużyną.

Po godz. 22 zjechaliśmy do Iwonicza, chłopcy zgodnie z regulaminem oddali pakiety, w Komańczy zamiast dzwoneczków odebrali przepak. Nie była to przyjemna chwila. Trzeba było jeszcze pomyśleć o noclegu, przed startem nikt z nas nie zakładał, że będzie on potrzebny. Wystarczył jeden telefon do Pani Mariolki, Zadnie Łuki przyjęły naszych ultrasów niezwykle gościnie. Zanim dojechaliśmy na miejsce w naszym pokoju czekał już dodatkowy materac i komplet pościeli. Spania nie było dużo, bo emocje i adrenalina potrzebowały trochę czasu, aby dopuścić do głosu zmęczenie. Gdy zamykałam oczy wszyscy już drzemali. W sumie zastanawiałam się czy przypadkiem mi się to wszystko nie śni. Przecież nie tak miało być… a jednak, to nie był sen. Świat ultra dlatego właśnie jest wyjątkowy bo przekraczając magiczne granice nigdy nie wiesz, co może Cię spotkać. Ultra to rzeczywistość, w której drogocenne chwile giną w fali przypływu, tak po prostu, zostają zmyte i nic już nie jest takie, jak się wydaje. Jednak, kiedy przypomnisz sobie, że wszystko zaczyna się w głowie, zrozumiesz, że Twoja droga nie kończy się tu i teraz.. zrozumiesz, że to dopiero jej początek.

…a kiedy nastał poranek wszystko wydało się jakieś inne, lepsze, spokojniejsze. Pani Mariola, niczym dobra ciocia krzyknęła, że śniadanie czeka. Zasiedliśmy do stołu wspólnie z innymi ultrasami oraz ich bliskimi. Wśród nas młoda para z córeczką, niestety z powodu kontuzji na 30 km ŁUT 150 głowa rodziny musiała zejść z trasy, z kolei małżeństwo z co najmniej 25 letnim stażem mogło świętować ukończenie najdłuższej trasy Łemkowyny, no i my – drużyna. Rozkoszując się przysmakami przygotowanymi przez samą gospodynię z zaciekawieniem słuchaliśmy relacji finshera 150 km wyzwania. To nie był jednak koniec przyjemności, Pani domu zaserwowała szarlotkę, przy której usiedliśmy już tylko we czwórkę z kubkiem kawy, na kanapie przy kominku. W zasadzie niewiele rozmawialiśmy, ale za to dużo się uśmiechaliśmy. Słowa stały się zbędne.


Jadąc na ŁUT wszystko wydawało się takie poukładane. Świat ultra okazał się jednak bardziej nieprzewidywalny, niż można było sobie to wyobrazić. W tym miejscu: pasja, pokora, przyjaźń, wsparcie, oraz wytrwałość nabrały szczególnego znaczenia.

ŁUT do zobaczenia za rok!

Tekst i zdjęcia: Południowa Polska Team

Reklama



Sylwia Wojtowicz-Sander
Spontaniczna. Urodzona optymistka. Nie lubi utartych schematów i ustalonych reguł. Ceni wolność i indywidualność. Bardziej od wygodnej kanapy woli aktywny wypoczynek, najlepiej zimową porą w górskiej scenerii. Nawet w natłoku obowiązków znajdzie czas na małe espresso z przyjaciółką.
http://www.poludniowapolska.pl

Podobne artykuły

Top
%d bloggers like this: