Jesteś tutaj
Home > Sport i Turystyka > BIEGNĄC W CHMURACH. POŁUDNIOWA POLSKA TEAM ŚLADAMI LEGENDY JANOSIKA

BIEGNĄC W CHMURACH. POŁUDNIOWA POLSKA TEAM ŚLADAMI LEGENDY JANOSIKA

BIEGNĄC W CHMURACH UltraJanosik portal Południowa Polska

Najodleglejsze marzenia, te o których dyskretnie rozmyślasz zanim zaśniesz mogą stać się rzeczywistością. Wystarczy tylko, że w nie uwierzysz, rozejrzysz się dokładnie wokół siebie i znajdziesz ludzi, którzy pomogą Ci stać się legendą!

Człowiek Legenda

Marzenie każdego człowieka… móc przejść do historii, zapisać się w pamięci wielu osób tak, żeby każdy kojarzył Cię z danym wydarzeniem lub sytuacją. Dla rodziny stajesz się bohaterem, o którym z dumą wielokrotnie można opowiadać w najbliższym otoczeniu, dla innych szaleńcem, człowiekiem z pasją, który zakłada sobie coraz to bardziej wymyślne wyzwania. Ci pierwsi tylko wiedzą, ile czasu, poświęcenia, potu i bólu wkłada się w każdy start w zawodach, ile wyrzeczeń kosztuje każdy dzień, tydzień, miesiące treningów przygotowujących do wymarzonego startu. Tak było i tym razem. Jeden z ważniejszych biegów sezonu. Czekasz na niego, układając wszystkie starty tak, żeby przygotowały Cię na ten moment… .
Bieg, o którym wiele się słyszało z rozmów w gronie ultra biegaczy. Pierwszy taki w Polsce. Nigdy wcześniej nie słyszałem o ultra maratonie trans granicznym, który w wyjątkowy sposób łączy dwa różne państwa, podobne, ale jednak odmienne kulturowo. Mówi się, że sport nie zna granic, sport łączy ludzi i narody. Łączy nas dużo więcej: pasja, góry, miłość do nich i miłość do biegania.
Tatry Wysokie – cel sezonu 2017 przykuły moją uwagę i bieg o tajemniczej nazwie, jak najbardziej pasującej do tego rejonu: ULTRA JANOSIK LEGENDA.
Zawody sportowe organizowane po raz drugi, tym razem o wiele bardziej rozbudowane obejmować mają dwie malownicze krainy: Spisz i polsko – słowacki obszar Tatr Wysokich. Trasa bardzo wymagająca, nie wystarczy tutaj tylko biec, jak w większości biegów. Tu trzeba wykazać się mega kondycją, siłą, znajomością własnego ciała, dobrą strategią i przede wszystkim techniką, bez której sporo osób kończyło swoją przygodę na trasie doznając kontuzji, o którą nie trudno przeskakując pomiędzy wielkimi, granitowymi głazami, w wielu miejscach mokrymi i śliskimi.

Zwycięzcą się stajesz, a nie rodzisz…

Po miesiącach przygotowań przyszedł ten moment, w którym trzeba zmierzyć się z wyzwaniem. Tym razem nie będzie taryfy ulgowej, będzie dużo ciężej, oprócz myślenia o samym sobie na trasie, o regularnym jedzeniu czy piciu. Będę miał dodatkowe zadanie – wprowadzić kogoś w świat prawdziwego ultra, gdzie zabawa rozpoczyna się dopiero po zachodzie słońca i pomóc przekroczyć jej magiczną granicę 100 km biegu górskiego. Założenie proste?
Na pierwszy rzut oka osoba ta wydaje się słaba i bezbronna, ale pozory mylą, okazuje się, że kryje ona w sobie wielki potencjał – tyle siły, że nie jeden biegacz może tylko pozazdrościć, tyle uporu, że czasem ciężko przemówić do rozumu, determinacji, że jak coś postanowi, to osiągnie swój cel. Razem stanęliśmy na starcie Ultra Legendy i będziemy na siebie skazani przez kolejne 24 godziny.

100 km wcześniej

Zbiórka w Niedzicy, niewielkiej miejscowości w województwie małopolskim, tuż przy granicy ze Słowacją. Tam, skoro świt organizator zapakował nas do autokarów, które miały zawieść wszystkich do Strbske Pleso na terenie Słowacji, gdzie o godzinie 7.00 rozpoczynaliśmy swoją biegową przygodę. Atmosfera napięta, każdy skupiony. Jadąc na miejsce startu zawodnicy spoglądali przez szyby autokaru, jak pniemy się przez cały czas coraz wyżej do góry, w sumie na trasie najwyższy punkt biegu to Rohatka 2288 m n.p.m. Jeszcze tak wysoko nigdy nie wbiegałem, tak naprawdę to nigdy nie biegałem w Tatrach, mogłem się tylko domyślać co może mnie tam czekać. Ostatnie wskazówki od organizatora i sygnał do startu. Jakoś nikomu się nie śpieszy, każdy rusza powoli, leniwie, zerkając, czy ktoś się wyrwał na czoło, dyktując tempo całości.

Kto szybko zaczyna, szybko też kończy…

Na początku każdego biegu sprawdzam jaki mam dzień, na ile mogę sobie pozwolić, jakie tempo dobrać, żeby rozłożyć siły do samej mety. Organizator zażartował sobie, że nie ma zamiaru po nikogo jeździć i dowozić na metę. Każdy ma sobie z tym dystansem poradzić sam. Tym razem musiałem dostosować tempo do swojego partnera, tak żeby dane nam było wspólnie przekroczyć linię mety. Zaczynamy od delikatnego podejścia po czym przechodzimy do biegu i próbujemy dostosować długość kroku do kamieni na trasie, przeskakując z jednego na drugi. Pierwsza niespodzianka Sedlo pod Ostrvou i mocna wspinaczka trawersem pod górę, a w głowie jedna myśl „nie świruj Tatry, odpuść bo zemści się to na Tobie później”. Uwielbiam stawiać sobie nowe cele w życiu, ale co do biegania mam jedną zasadę: przebiec i nie zrobić sobie krzywdy. Widoki wokoło przepiękne, wszystko takie surowe, majestatyczne, spowite mgłą. My tam jesteśmy tylko gośćmi, a góry w każdej chwili mogą Cię wyprosić. Trzeba wczuć się w ten krajobraz. Każdy podbieg przybliża nas do tego momentu, kiedy staniemy na wierzchołku góry i patrzymy wokoło na szczyty wystające z ponad chmur, a następnie zbiegamy w dół, żeby można było znowu wspiąć się w górę. Taki moment to Prielom Rohatka, gdzie po prostu nie dało się biec, ani iść to było miejsce, gdzie trzeba użyć siły rąk, a momentami wręcz technik wspinaczkowych. Łańcuchy i drabinki, każdy wspinał się w górę zachowując bezpieczną odległość od siebie, gdyż w każdym momencie mogło z góry coś spaść wprost na ciebie. 2288 m n.p.m. na szczycie czekali na nas ratownicy z Horskiej Zachrannej Sluzby – mili i uśmiechnięci, częstowali herbatą i pocieszali, że wyżej już nie będzie, teraz to już tylko w dół.
Pocieszające to było, zwłaszcza, że organizator zapowiedział, że przed godz. 21.00 musimy opuścić terytorium Słowacji i znaleźć się w PK Zdziar. W innym wypadku biegacze będą usuwani z trasy przez pana Jurka, który kroczył na końcu stawki. Dużo energii kosztowało nas przedarcie się przez te góry. Nagrodą za ten trud były widoki na malownicze doliny, Łomnicę i Gerlach oraz jeszcze nie ośnieżone szczyty. W powietrzu czuć zimę – temperatura odczuwalna około 2°C, następnego dnia spadł tam pierwszy śnieg. Zapadło mi w pamięci, jak turyści poruszający się szlakami reagowali na nasz widok. Jedni schodzili, robiąc miejsce biegnącym i ostrzegali innych na trasie, ale byli i tacy, którzy nie zwracając na nas uwagi wręcz rozpychali się łokciami. Wstyd się przyznać, byli to w większości nasi rodacy.
Do PK Zdziar docieramy o dziwo dużo szybciej od zakładanego czasu, teraz można czuć się bezpieczniej. Polska ziemia, jakoś pewniej się tu czuję. Strona słowacka nie posiada bezpłatnego ratownictwa górskiego jak u nas, tam za akcje ratunkowe w górach najzwyczajniej się płaci z własnej kieszeni, dlatego jednym z warunków uczestnictwa w zawodach było wykupienie dodatkowego ubezpieczenia od wypadków w górach. Po krótkiej przerwie w PK Zdziar kierujemy się do punktu, na którym znajduje się długo oczekiwany przepak. Przed wbiegnięciem do lasu przygotowujemy czołówki, żeby nas zmrok nie zaskoczył. Teraz rozpoczyna się prawdziwe ultra. Skończyła się ostra wspinaczka i podejścia, zostaje tylko biec ostro do mety. Zaczynamy odczuwać zmęczenie, a przed nami tyle pracy jeszcze do wykonania. Na szczęście są również siły w zapasie, jak mądrze je wykorzystamy, to na metę dobiegniemy w zakładanym czasie. Zaczyna się wytrzeszczanie wzroku i szukanie oznaczeń trasy, nie było to wcale trudne. Wiszące odblaski, dodatkowe strzałki w newralgicznych miejscach i mrugające lampki ledowe, ustawione na trasie dobiegającej do punktów kontrolnych. Ten odcinek, do tej pory przebiegł o dziwo bez większych problemów… no po za tym, że od pewnego czasu mocno pada deszcz. Na początku miły i przyjemny, chłodzi całe ciało – niestety, ostatecznie doprowadzający do wyziębienia organizmu. Uwielbiam przepaki, całą drogę biegnąc myślę o tym, że zmienię mokre buty i skarpety, że przebiorę się w ciepłe czyste rzeczy. Tutaj zatrzymamy się na dłużej, ciepła, pyszna zupa, herbata, kawa. Wszyscy bardzo uprzejmi i jeszcze bardziej troskliwi. Ktoś zabrał nasze plecaki, dolał wody do bidonów i przyniósł owoce. Już tutaj można poczuć się legendą. Spoglądając na mojego kompana zaczynam się zastanawiać, czy zabrać go dalej w ciemny las, tutaj jest bezpiecznie, z tego miejsca zabiorą go do Niedzicy. Z drugiej strony tyle przebiegł, najtrudniejsze już za nami nie pozwolę, żeby się teraz poddał. Wolontariusze zapakowali nas, teraz szybka decyzja: Biegniemy? Biegniemy… Znowu deszcz, na mnie już wszystko jest mokre, kurtka po kilku godzinach zaczyna przemakać, a trasę pokrywa mgła. Ciężko dostrzec cokolwiek na odległość kilku metrów, bardzo łatwo będzie zboczyć z trasy. Trzeba być mega skupionym. Oświetlamy sobie trasę na zmianę, ja pod nogi – mój partner wypatruje oznaczeń. Deszcz pada już od dobrych paru godzin zaczyna robić się zimno, leśne drogi pokryte są wodnistą breją, której już nawet nie omijamy, bo i tak jest wszystko jedno, w głowie tylko myśl o mecie i ciepłym łóżku. Nie ma co zgrywać bohatera, trzeba okryć się folią NRC, to pozwoli na moment się rozgrzać. Owijamy się nią dookoła i zakładamy na wierzch i tak już mokre kurtki. Momentalnie robi się ciepło, ta folia to wynalazek na miarę technologii NASA. Powinni komuś za to pomnik postawić, nie jedno już życie ludzkie uratowała.

Twoje nogi nigdy się nie poddają, robi to twój umysł. Trudno pokonać kogoś, kto nigdy się nie poddaje…

Pamiętam z odprawy przed biegiem, że w pewnym momencie trzeba będzie się kierować na nadajnik telekomunikacyjny, który widać w oddali, tam w remizie OSP znajduje się punkt kontrolny. Ostatni postój i dowiadujemy się, że czeka nas niespodzianka od pana Sławka, on lubi takie niespodzianki. Ultra Roztocze miało swój MORDOR, a Ultra Janosik ma górę ŻAR, a raczej Żart, bo jak można potraktować człowieka tuż przed samą metą czymś takim. Można, a nawet trzeba, im ciężej tym lepiej, gdyby nie było ciężko, to by każdy zapomniał o tym biegu, a tak w pamięci wiele pozostanie. Żar to praktycznie pionowa ściana, z wierzchołka której spływały strugi wody i błota. Ile razy chciałem się wyprostować, traciłem równowagę i leciałem w dół. Świecąc czołówką do góry nie było widać końca, raptem na odcinku 400m jest 200m przewyższenia. Przez ostatnie godziny w tym miejscu niejedna osoba zwątpiła w to, co robi, niejedna pomyślała, że gdyby On (Sławek-organizator) tu był, to by powiedziała, co myśli, ale o to chodzi w ultra, o to poczucie słabości i w jednym momencie uczucie powrotu siły oraz chęci walki dalej. Co z tego, że boli, nogi już nie chcą współpracować, stopy pieką, a w skarpecie czuć paznokieć, który właśnie odpadł – jeżeli powiesz sobie w głębi duszy, że odpoczynek będzie, ale na mecie, to dużo szybciej się tam znajdziesz. Najgorsze, co możesz zrobić to rozłożyć zmęczenie w czasie.
Do mety zostało niecałe 30 km, już wiemy, że damy radę, że za chwilę będzie ciepło i przyjemnie. Widać zalew i zaporę wodną w Niedzicy, po niej już tylko schodami w dół i zostaje 1.5 km do mety. Hihihi… ale ubaw, cali mokrzy, zziębnięci, nogi obolałe, w butach chlupie woda, a ciągle coś każe biec do mety. Sławek to jest gość, ponad 24 godziny na nogach czeka na każdego zawodnika, on już nawet nie mówi. Macha rękoma, żeby biec do mety… Myślę sobie o ja… to już tyle i meta? To już koniec? Cieszę się jak dziecko i obiecuję, że nigdy więcej biegania w deszczu… .
Patrzę teraz na tę słabą, bezbronną osobę, której starałem się nie zgubić podczas całego biegu, towarzysza mojej całej podróży, którego nieraz popędzałem na trasie… widzę jaką radość przeżywa z tego, że dokonała czegoś wielkiego, że jego marzenie się właśnie spełniło, poczułem niedosyt. Z mojej obietnicy nie zostało nic, bo chcę biegać więcej, dalej… i wyżej! Mam świadomość, że tego stanu nie wyleczy nikt, nawet ortopeda. ☺
Od 25 godzin, wspierając się wzajemnie i, skłamałbym gdybym powiedział, że dokonałem tego sam, razem osiągnęliśmy ten cel. W dużej mierze biegi ultra to biegi samotne, tutaj ciężko dobrać partnera. A jednak jakoś ta współpraca na trasie się ułożyła, a ta słaba, a zarazem twarda osoba to kobieta… Tak! Kobieta obiegła nie jednego mężczyznę, ukończyła bieg ultra, pierwsze 100 km bez marudzenia, bez rozżalania się nad sobą, w błocie i w wodzie. Tak po prostu zaciska zęby i biegnie. Słowacy ze zdziwieniem oglądali się za nią, bili brawa i wołali: Pozor dietka behat. Dodatkową nagrodą jest fakt, że całą przygodę ukończyła na bardzo wysokim miejscu w swojej kategorii wiekowej, to duży sukces, biorąc pod uwagę fakt, że to dopiero początek jej drogi biegania w chmurach.

Czasami nie liczy się wynik, czasami trzeba trochę zwolnić, żeby następnie przyśpieszyć dwukrotnie. Team to coś więcej, trzeba się wspierać i pomagać, a zwycięstwa zostaną wyłącznie między wami.

 

Tekst oraz zdjęcia: M.A. PP TEAM

 

Reklama



Podobne artykuły

Top
%d bloggers like this: