Jesteś tutaj
Home > Sport i Turystyka > „KAWA W PODRÓŻY” „KAWA W INDIACH” – TAJ MAHAL – NAJPIĘKNIEJSZA ŚWIĄTYNIA W INDIACH

„KAWA W PODRÓŻY” „KAWA W INDIACH” – TAJ MAHAL – NAJPIĘKNIEJSZA ŚWIĄTYNIA W INDIACH

Pobudka o 5:00 rano. O 6:00 już ostatni raz ćwiczymy z naszymi przyjaciółmi w parku. Dziś jedziemy do Agry, gdzie znajdują się trzy obiekty z Listy Światowego Dziedzictwa, z czego jeden zaliczany jest do Cudów Świata.
Jest ok. 8:00, gdy wracamy do hotelu, a nasz taksówkarz nagle zatrzymuje się na poboczu 4-pasmowej drogi. Jak się okazało – złapał gumę. Trochę się przestraszyłam, że wymiana opony może długo trwać. Jednak nasz kierowca wykonał to bardzo sprawnie i mogliśmy ruszać dalej. Plecaki już spakowane do dalszej drogi, więc korzystając jeszcze z chwili wolnego czasu idziemy na ostatnie śniadanie w dzielnicy tybetańskiej – do jednej z przytulnych małych restauracji. Tym razem zajadam się owsianką z owocami i popijam rozgrzewającą herbatą z imbirem, miodem i cytryną. To nasz ulubiony napój.
Czas ruszać dalej w drogę. Planując podróż do Agry postanowiliśmy skorzystać z miejscowego „biura turystycznego”. Na ten dzień zamówiony był kierowca, Tybetańczyk, o imieniu Tenzin, który całkiem dobrze mówił po angielsku. Miało nam to ułatwić długą podróż. Jednak kilka minut przed odjazdem okazało się że ten umówiony nie może do nas dotrzeć i dostajemy last minute kierowcę zastępczego Mustafę, muzułmanina z długą bródką, który kompletnie nie zna języka angielskiego. Podróż zapowiadała się ciekawie!
Mustafa wyglądał tak, jakby był przed chwilą zgarnięty z ulicy, spośród innych rikszarzy. Zaufaliśmy, że właściciel biura turystycznego wie co robi. Nasze bagaże pakujemy na dach 7-osobowego samochodu, a my wsiadamy do środka. Z New Delhi do Agry mamy do pokonania ok. 200 km. Ruszamy, obserwując niepewną minę Mustafy. Komunikacja nie była łatwa, ale znaleźliśmy rozwiązanie. Mustafa wyciągnął starą kultową Nokię i dzwonił do swojego brata, który służył nam jako tłumacz przez całą drogę.

Po kilkunastu kilometrach jazdy indyjską „autostradą” zatrzymujemy się na chwilę przy drodze, gdzie można kupić coś do jedzenia i picia oraz skorzystać z toalety. Niesamowite było to, że masala chai był podawany w jednorazowych glinianych kubeczkach. Na takich stacjach zazwyczaj jedzenie jest bardzo ostre, bo najczęściej zatrzymują się tutaj tubylcy.
Przed Agrą czekała na nas jeszcze jedna przygoda. Całą trasę pokonywaliśmy bez GPS-a. Prowadziły nas znaki i intuicja Mustafy. Będąc jeszcze na autostradzie w pewnym momencie minęliśmy zjazd na Agrę. Po kilku minutach nasz kierowca postanawia zawrócić i jedziemy pod prąd najszybszym pasem ruchu, na zakręcie i pod górkę na płatnej autostradzie! Do tego wykorzystując możliwości klaksonu w pełni, by dać znać kierowcom z naprzeciwka, że jedziemy. Ciśnienie podskoczyło nam wszystkim do góry natychmiastowo: „What are you doing?” Szczęśliwie wróciliśmy do zjazdu na Agrę. Tutaj jazda pod prąd jest nielegalna, jak i w Polsce, jednak w Indiach jest to akceptowane przez społeczeństwo. Wyobrażasz sobie, że ktoś jedzie pod prąd autostradą na trasie Rzeszów – Kraków?
W Agrze zatrzymujemy się w bardzo przyjemnym hotelu z tarasem, restauracją na dachu oraz wi-fi. W pokojach czysto i jest papier toaletowy. Wszystko co nam potrzebne na 2 dni pobytu.
Podczas podróży brat kierowcy zaproponował nam taniego przewodnika, który zdobywa praktykę i nie wymaga pieniędzy. Jeśli będziemy zadowoleni i będziemy chcieli, to możemy zostawić mu napiwek. Ali, przystojny 20-latek, również był z rodziny. Chłopak, który jeszcze studiuje i dobrze mówi po angielsku. Przyszedł po nas, powiedział co musimy zostawić w hotelu,by spokojnie zwiedzać. Sprawiał pozytywne wrażenie.

Taj Mahal można zwiedzać od świtu do zmroku. Kolejka do kasy była długa. Nasz młody przewodnik pokierował nas do odpowiedniego okienka, by przyśpieszyć proces kupowania biletów. Wejściówka dla obcokrajowców kosztuje 750 rupii, czyli ok. 43 złotych, a dla Hindusów 50 rupii (3 zł). I te różnice w cenach są widoczne w większości miejsc turystycznych. Wszystko dla obcokrajowców jest droższe i za większość trzeba płacić.
Wejście na teren zabytku jest bardzo restrykcyjne. Nie można prawie niczego wnieść. Ochrona sprawdza każdego dokładnie czy przypadkiem w torbie nie ma: książki, papierosów, zapalniczki, jedzenia, drobnych przekąsek, gum do żucia, ostrych narzędzi, statywów fotograficznych, latarek czy dziecięcych zabawek. Najlepiej, by było wejść w bieliźnie z samym aparatem. W ramach biletu wstępu dostaliśmy butelkę wody oraz folię na buty.
Po przekroczeniu wejścia czekała nas sesja fotograficzna z dziesiątkami indyjskich turystów, którzy chcieli mieć zdjęcie z białym człowiekiem. Przy okazji robiłam zdjęcia również swoim aparatem i zebrałam ich całkiem sporą kolekcję.
Żeby zobaczyć w całej okazałości główny budynek przeszliśmy przez jedną z ogromnych bram. Przed moimi oczami ukazał się Taj Mahal. Uznany za jeden z Cudów Świata, pomnik miłości i jednocześnie jeden z najpiękniejszych grobowców znanych ludzkości. (W swoim życiu miałam już okazję widzieć jeszcze inny z najsłynniejszych grobowców – miejsce spoczynku Lenina w Moskwie.) Taj Mahal został wzniesiony przez cesarza Szahdżahana z dynastii Mongołów jako grobowiec dla jednej ze swoich trzech żon, która zmarła przy porodzie ich czternastego dziecka. Zbudowany jest z marmuru. Z bliska widać precyzję w szczegółach, na ścianach dużo arabskich detali i ogromną ilość pracy – to robi wrażenie.

W trakcie zwiedzania pojawiło się jeszcze wyzwanie związane z naszym przewodnikiem. Przed wejściem do głównego mauzoleum zatrzymał nas. Usiedliśmy na ławce. Myśleliśmy, że chce nam coś powiedzieć na temat zachowania w środku. Jednak temat naszej rozmowy okazał się inny. Ali najpierw zapytał: „Czy jesteście zadowoleni z moich usług?”. Odpowiedzieliśmy: „Tak, jasne Ali”. Planowaliśmy dać mu spory napiwek za pomoc. „Nie wiem, co powiedział Wam mój wuj, jaką stawkę Wam podał?” – zapytał Ali i dodał: „Chcę wiedzieć, ile mi zapłacicie”. Po kilku minutach rozmowy wyszło, że Ali swoją usługę wycenił na 2000 rupii, co jest wysoką kwotą i gdybyśmy wiedzieli o niej od początku, to z pewnością byśmy się nie zdecydowali. Zwłaszcza, że informacje, które nam przekazywał można łatwo znaleźć w Internecie. Postanowiliśmy mu podziękować za dotychczasową pomoc i dać napiwek. Ali był uparty: „Ja jestem Waszym przyjacielem, Wy jesteście przyjaciółmi mojego wuja i jego brata z New Delhi. Dla Was wykonam tą usługę taniej”. Na nic były jego kolejne argumenty. Pomimo odmowy, został z nami do końca zwiedzania. Po wyjściu próbował namówić nas na zakupy pamiątek z marmuru i małych słoników u kolejnego członka rodziny. W ten sposób okazuję się, że wszyscy są dla siebie braćmi, wujami, rodziną.
Czy warto odwiedzić Taj Mahal? Cały kompleks jest olśniewający. Można poczuć się jak w bajce. Warto zaplanować sobie dłuższy czas na pobyt w środku, by móc pospacerować po parku lub usiąść na chwilę na ławeczce i zamyślić się. To było moje marzenie: być w tym miejscu. Wielokrotnie widziałam zdjęcia znajomych, którzy tutaj byli i pewnie jeszcze rok temu nie wierzyłabym, że i ja tutaj będę. Będąc tutaj, czuję to niesamowite uczucie spełnionego marzenia. Jestem wzruszona i szczęśliwa. Chcę Ci powiedzieć, że wszystko jest możliwe. Możesz realizować swoje marzenia. Jeśli tylko podejmiesz decyzję i zaczniesz działać. Trzymam za Ciebie kciuki!

Paulina Kawa

cdn…

Trenerka jogi śmiechu i zdrowia. Inspiratorka.
Kocha podróże, naturalne słodycze i taniec.
Pasjonatka aktywnego i świadomego stylu życia w zgodzie z naturą.
Autorka bloga www.liferoots.pl

Reklama



Paulina Kawa

Trenerka jogi śmiechu i zdrowia. Inspiratorka.
Kocha podróże, naturalne słodycze i taniec.
Pasjonatka aktywnego i świadomego stylu życia w zgodzie z naturą.
Autorka bloga www.liferoots.pl

http://www.poludniowapolska.pl

Podobne artykuły

Top
%d bloggers like this: