Jesteś tutaj
Home > Sport i Turystyka > KAWA W PODRÓŻY

KAWA W PODRÓŻY

Kawa w podróży - Paulina w Indiach portal Południowa Polska

Kawa w Indiach – Przylot do New Delhi

Live is an adventure!

Termin wylotu do Indii zbliżał się coraz szybciej. Pamiętam, jak w listopadzie kupiłam bilet, a dziś już 9 stycznia. Nie wiem kiedy zleciały te 3 miesiące. Ze względu na pogodę i okresy monsunowe najlepiej Indie odwiedzić pomiędzy listopadem a marcem.

W podróż wybieram się z Piotrem, Anetą, małą Rozalką, Iloną, Anią i Asią. Wszystkich nas łączy wspólny cel – doświadczenie i nauka jogi śmiechu w miejscowych klubach. To właśnie w Indiach swój początek miała ta niezwykła metoda pracy stworzona przez dr Madan Katarie.

Jutro po 13 wylot. Jestem w Warszawie, „mam nadzieję” przygotowana do wyjazdu. W plecaku mam między innymi lekki śpiwór, preparat na komary, kłódkę, potrzebne dokumenty, kilka rolek papieru toaletowego i chusteczki higieniczne z inspirującym cytatem: „Life is an adventure”.

Uśmiecham się. Siedzę na lotnisku w stolicy. Kocham ten moment, kiedy jestem już w drodze i za chwilę znajdę się w odmiennej przestrzeni. Nie mam konkretnego planu, lubię spontaniczność w wyjazdach, nie wiem co zastanę w nowej lokalizacji, nie wiem kogo poznam. Przygoda przede mną. Za kilka godzin wyląduję w New Delhi.

Przechodzę odprawę. Najpierw lot do Helsinek. Następnie 4 godziny przerwy. Po czym prawie 7 godzin lotu do New Delhi. W samolocie jesteśmy obsługiwani przez przystojnego hinduskiego stewarda z ciemnymi oczami, który dolewa nam wino. Oglądam filmy i smakuję indyjskiego jedzenia, które jest bardzo ostre.

Przed siódmą rano jesteśmy na miejscu! Podczas wychodzenia z lotniska towarzyszy mi uczucie ekscytacji, pojawia się zawsze, kiedy znajduję się w nowym miejscu. Czuję się jak dziecko, które pierwszy raz bawi się na nowiutkim placu zabaw i odkrywa nieznane wcześniej zabawki.

Ludzie tutaj wyglądają inaczej. Pierwsze, co przykuwa mój wzrok, to kobiety ubrane w barwne sari. (sari to tradycyjne stroje indyjskie. Pas materiału o długości 5-6 metrów, którym panie owijają się na różne sposoby). Niektóre kobiety otoczone są gromadką dzieci z pomalowanymi kajalem na czarno oczami (kajal to mieszanka sproszkowanych ziół z odrobiną oleju, ma zastosowanie ochronne, lecznicze oraz estetyczne. Dla Hindusów ma moc ochrony potomków przed przeklęciem ich tzw „złym spojrzeniem”). A obok nich szczupli mężczyźni z ciemną karnacją w skromnych spodniach i koszulach.

W pierwszej kolejności potrzebujemy znaleźć miejsce noclegowe, w którym spędzimy kilka najbliższych dni. Najpierw rozglądamy się za taksówką. Razem jest nas 7 osób, więc rozglądamy się za jakimś większym samochodem. Jednak Indie od razu witają nas swoimi zasadami, które są zdecydowanie inne niż w Polsce. Dlatego też znajdujemy kierowcę, który zapewnia nas, że do jego 5-osobowej taxówki zmieszczą się wszyscy na raz (z bagażami). Zaufaliśmy mu. Cześć ciężkich plecaków zmieściła się w bagażniku, druga część powędrowała na dach (bagaże na dachu są przywiązane liną zabezpieczającą lub nie).

Ruszyliśmy. I była to najbardziej szalona jazda autem jaką kiedykolwiek przeżyłam. Nie mogłam w to uwierzyć. Każdy jedzie według swoich zasad. Uczestnicy ruchu drogowego skręcają, kiedy mają na to ochotę, wyprzedza każdy i wszędzie. Kierowcy lawirują między krowami i przechodniami. Dźwięk klaksonów miesza się z pokrzykiwaniem handlarzy. Na przemian mijają się taxówki, riksze, rowery, autobusy… i nasza siódemka plus kierowca w jednym samochodzie. To się dzieje naprawdę! Cała podróż trwa dość długo, miasto się korkuje. Kierowca stojąc w ulicznym korku głaszczę krowę, która wkłada swoją głowę do samochodu. Pomału ruszamy dalej próbując przecisnąć się pomiędzy autobusem, a rikszą. Podróż się dłuży, ale jest to czas kiedy możemy zobaczyć miasto. Duży gwar uliczny, rozwalające się budynki mieszkalne, rozległe parki, po których skaczą małpy, jakaś pani niesie duży kosz na głowie. Ilość bodźców na minutę może przerosnąć nawet amatorów ekstremalnych wrażeń.

Nagle stajemy, dalej nie możemy dojechać samochodem, bo uliczki zwężają się. Taksówkarz rozładowuje nasze bagaże, a że Indie słyną z transakcji wiązanych, to one od razu trafiają do riksz rowerowych. Hindusi proponują nam podwózkę do naszego hotelu.

– How much? – pytamy o koszt takiego komfortu.

– 100 rupi for rickshaw! Good price for you! – woła Hindus

– To much! 50 rupi – odpowiadamy.

– OK OK!

50 rupi to ok. 3 złote. Nie wiedząc, ile zostało nam drogi decydujemy się i wsiadamy po 3 osoby na rikszę. Nasza podróż trwa nie dłużej, niż 3 minuty, bo okazuje się że upatrzone wcześniej zakwaterowanie jest blisko. Moglibyśmy tę odległość pokonać na nogach, ale przejażdżka trójkołowcem dała nam dodatkowe doświadczenie.

Hotelik na pierwszy rzut oka wydawał się przyjemny. Była pościel. Łazienka zaskoczyła nas swoją architekturą i minimalizmem.

Chwila odpoczynku i… ruszamy na spacer po New Delhi.

Cdn…

Paulina Kawa

Trenerka jogi śmiechu i zdrowia. Inspiratorka.
Kocha podróże, naturalne słodycze i taniec.
Pasjonatka aktywnego i świadomego stylu życia w zgodzie z naturą.
Autorka bloga www.liferoots.pl

 

Reklama



Paulina Kawa
Trenerka jogi śmiechu i zdrowia. Inspiratorka. Kocha podróże, naturalne słodycze i taniec. Pasjonatka aktywnego i świadomego stylu życia w zgodzie z naturą. Autorka bloga www.liferoots.pl
http://www.poludniowapolska.pl

Similar Articles

Top